Wywiad rzeka z doktorantką z Czech – Lucyną Michalską

Ten materiał czekał bezpiecznie na moim iPadzie od końca września zeszłego roku. Dojrzewał, przegryzał się, aż do momentu, kiedy będę w stanie wyciągnąć z niego najlepsze smaczki. Chciałam stworzyć atmosferę rozmowy pomiędzy dwiema doktorantkami. Konwersacji na wiele tematów, której możecie być świadkami. Pozwalamy Wam usiąść z nami, gdziekolwiek jesteście i dowiedzieć się jak wygląda doktoryzowanie się u naszych sąsiadów – Czechów.

Cześć Lucyna! Jestem na tym etapie doktoratu, że to jest jeden z niewielu dni, kiedy mam szansę usiąść na spokojnie i z Tobą pogadać.…

O tak, cały czas dochodzi mi więcej obowiązków i sprawy ciągle się komplikują.

Im dalej w doktoracie, tym wcale nie jest łatwiej co?

Nie, już zaakceptowałam, że lepiej i łatwiej już nie będzie (śmiech).

Powiesz mi, dlaczego zdecydowałaś się na studia doktoranckie w Brnie? 

Kiedy sprawdzałam ogłoszenia na doktorat i pracę, bo w tym czasie sprawdzałam obie opcje, to tak naprawdę lokalizacja nie miała dla mnie znaczenia. Czytałam oferty, projekty i jak coś mnie zainteresowało to aplikowałam. Potem podczas wstępnych rozmów z pracodawcami dowiadywałam się więcej szczegółów i wtedy właśnie mogłam ocenić, czy chciałabym dalej w to brnąć, czy nie. Tak wyszło między innymi z jedną ofertą w Szwajcarii, gdzie na początku bardzo chciałam jechać. Okazało się jednak, że tam jest więcej fizyki niż chemii, a ja z fizyką nie za bardzo się lubimy, dlatego zrezygnowałam z wyjazdu. Natomiast propozycja szefa stąd była bardzo ogólna. Nie powiedział mi czym miałabym się zajmować. Wiedziałam jedynie, że będzie to zaawansowana chemia organiczna. Brzmi to bardzo ogólnikowo (śmiech). Spodobały mi się projekty syntezy związków naturalnych, nad którymi pracowali. Nie obyło się jednak bez przygód, bo zmyliło mnie samo ogłoszenie. Były na nim dwie osoby do kontaktu, a odezwała się jedna. Dopiero później zrozumiałam, że ogłoszenie dotyczyło całego zakładu, czyli dwóch grup badawczych. Jedna z nich zajmuje się chemią medyczną. My nazywamy ich fabryką, ponieważ oni co chwilę generują całe biblioteki związków pod patenty i targety. Można powiedzieć, że robią to hurtowo. A my z kolei jesteśmy drugą grupą, zajmujemy się syntezą totalną, która jest dość skompilowana, zróżnicowana i jest zupełnie czymś odbiegającym od chemii medycznej. Tej informacji nie było jednak nigdzie w ogłoszeniu.

Ups! A to dobre!

Co więcej, nikt mi o tym nie powiedział ani w pierwszej, ani drugiej lub trzeciej rozmowie kwalifikacyjnej, po których zostałam zaakceptowana. Także to było duuuże niedopowiedzenie.

A chciałaś iść w syntezę totalną, czy medchem?

Jak już Ci kiedyś pisałam, swoją przygodę z chemią zaczęłam od chemii kwasów rybonukleinowych, za którą baaardzo tęsknię i mam do niej duży sentyment. Dlatego myślałam, że zostanę przy nukleozydach, bo w chemii medycznej są często syntezowane. To był też główny powód, dlaczego aplikowałam. Okazało się, że przygarnął mnie profesor z tej drugiej grupy, a ja mam trzaskać te skomplikowane struktury. Pomyślałam wtedy „ale się wtopiłam”. Z perspektywy czasu, widzę, że uczę się ogromnego przekroju chemii, jakiego w standardowej grupie badawczej nigdy bym nie doświadczyła. Zazwyczaj doktoranci są skupieni na kilku pojedynczych reakcjach, które non stop powtarzają, a tutaj jest tak, że praktykuję wiele różnych reakcji. Koniec końców, oferta z Brna (chociaż nie do końca prawdziwa), była dla mnie najciekawsza.

Bardzo ciekawe! Pewnie znasz historię z tym, że Niemcy nie chcieli zaakceptować mojego angielskiego dyplomu, pomimo ujednoliconych studiów w systemie bolońskim. Zastanawiam się, czy miałaś podobne problemy pomiędzy Polską, a Czechami?

Kiedy kończyłam studia, na ostatnią chwilę poprosiłam miłą panią z dziekanatu o wersję angielską dyplomu. Dodatkowo posiadam dyplom z farmacji, ponieważ jestem też farmaceutą i tutaj w Czechach zaakceptowali oba.

Acha, to taki trick dla wszystkich: w razie czego zawsze proście o wersję międzynarodową swojego certyfikatu, bo nigdy nie wiadomo, gdzie Was poniesie. Uniwersytety zazwyczaj wystawiają takie za darmo, a gdy przyjdzie co do czego to tłumaczenie dyplomu to jednak długi i kosztowny proces. Zostając przy systemach – czy w Czechach istnieją szkoły doktoranckie (doktorskie) (graduate schools), czy każdy ma osobno otwierany przewód?

To nie jest zorganizowane jak w Stanach, ale aplikacja wygląda jak rekrutacja na kolejny etap studiów. Istnieje roczna ewaluacja  (co ciekawe, żaden doktorant nigdy nie jest na nich obecny, jedynie wszyscy PI. Tylko od promotora zależy, czy powie o czym była dokładnie mowa), są wykłady i seminaria, na które trzeba uczęszczać na zasadzie punktacji semestralnej. Mniej więcej na pół roku przed obroną jest egzamin państwowy z chemii ogólnej, bez znaczenia jaką specjalizację obierasz. Dla tych, którzy teraz rozpoczynają doktorat system trochę się zmieni.  Teraz ma być doktorat max 4-letni bez możliwości przedłużenia (chociaż przy dodatkowej kasie z grantu i tak będą przedłużać), ale w ramach doktoratu musisz wyjechać min raz na półroczny staż na inny uniwerek, wiec chyba lepiej i ciekawiej, zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce. Uczelnia chce zmobilizować zarówno opiekunów jak i samych studentów do szybszego kończenia studiów. Za tym oczywiście kryją się pieniądze.

Jak wygląda taki egzamin?

Masz listę zagadnień z każdego tematu: chemia organiczna, nieorganiczna itp. i musisz się z tego przygotować do egzaminu, który trochę przypomina egzamin magisterski. Dopiero później nadchodzi tryb pisania pracy doktorskiej i obrona.

 Czy obrona wygląda tak jak w Anglii? Kiedy ma się czterogodzinne przesłuchanie, podczas którego profesorowie wertują Twoją stronę kartka po kartce? Czy bardziej jak np. w Niemczech, gdzie mamy 30min prezentację projektu i godzinę na zadawanie pytań?

Wiesz co, byłam na kilku obronach…

 Czyli są one publiczne?

Tak, tutaj nawet magisterki są publiczne. Obrona doktoratu wygląda podobnie jak w Polsce.

Jest prezentacja. Recenzenci zadają pytania i czytają swoje opinie. Później panel jest otwarty dla publiczności. Komisja też zadaje swoje pytania, po odpowiedzi na nie wychodzi się na 10min, podczas których zapada decyzja na temat oceny końcowej.

Czy ten egzamin można oblać?

 Osobiście nie byłam na takim egzaminie, lecz znam osobę z naszego departamentu, której się to przytrafiło. To kosztuje Cię bardzo dużo, ponieważ, na nowo trzeba napisać pracę doktorską i bronić się jeszcze raz.

Co sądzisz o wielkości grup badawczych w Czechach? Jaki system tam panuje?

Grupy zazwyczaj są średnie lub małe. W mojej jest pięć osób. Z tego trzech doktorantów i dwóch post docków. Cały zakład liczy 13 osób (łącznie dwie grupy badawcze i dwóch PIs)

A jak jest z post dockami, czy są to osoby niezależne czy bardziej Twoi „supervisorzy”?

W Czechach stawiamy głównie na niezależność. Nie jest tak, że post doc uczy doktoranta. Doktorant ściśle współpracuje z szefem (profesorem), zresztą magistranci głównie też . Nie musisz od początku mieć innowacyjnych pomysłów, ponieważ szef planuje z tobą projekt i kiedy coś ci nie wychodzi to pomaga go przekształcić lub uzupełnić w nowe eksperymenty. Za swoją pracę odpowiadasz tylko przed szefem. Jeśli przychodzą do nas do labu studenci (licencjat/magisterka) to post docowie ich uczą rzeczy praktycznych. Co mnie bardzo dziwi tutaj w Czechach to nietypowa forma praktyk – przychodzą do nas licealiści na dwutygodniowe praktyki. Nie wiem jak to wygląda w ich systemie edukacji, ale przychodzą do nas między czerwcem, a wrześniem – przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Może jest to dobre rozwiązanie, ponieważ już na etapie szkoły średniej są w stanie zobaczyć jak taka praca w labie wygląda.

Masz rację, oczywiście są to poniekąd osoby bardzo uzdolnione teoretycznie. Wiedza widocznie przychodzi im łatwo i mają okazję poznać więcej praktyki. Ponieważ jestem osobą z zagranicy i nie mówię płynnie po czesku nie obcuję z tymi uczniami tak często.  Chyba, że mówią płynnie po angielsku.

A właśnie – jeśli chodzi o język: Jak to u was wygląda? Czujesz presję znajomości języka czeskiego, czy jednak wszystko jest po angielsku?

W labie mówi się po angielsku. Jeden szef ukończył Harvard, a drugi z Columbia Univeristy. Cały uniwersytet jest dobrze przygotowany na studentów zagranicznych, po angielsku dogadasz się wszędzie. Czasem mam wrażenie, że na kampusie przewija się więcej Hiszpanów i Hindusów niż samych Czechów. W mieście jest nieco trudniej, ale też można dogadać się po angielsku. Dodatkowo, jeśli Czesi mówią wolno to jestem w stanie ich zrozumieć w ojczystym języku. Interesujące jest to, że kiedy mój kolega zaczynał doktorat na tym samym wydziale, to zajęcia z czeskiego były obowiązkowe. Teraz już tego nie ma. Sama uczę się ze słuchu, ponieważ przy moim trybie pracy nie byłabym w stanie zapisać się na żaden kurs językowy. W sklepach lub barach przestawiam się bardziej na taki polsko-czeski, ponieważ oni to doceniają i przy okazji praktykuję wymowę.

Powiedz mi, co najbardziej cię zaskoczyło przy zmianie pomiędzy Polską, a naszymi sąsiadami?

Jest kilka różnic. Wydaje mi się, że tutaj wszystko jest bardziej elastyczne. Dzisiaj mogę zapisać się na ten przedmiot, a jutro na inny. Oczywiście są jakieś reguły, których należy przestrzegać, ale styl doktoryzowania jest bardziej amerykański. Wybierasz sobie przedmioty, które sam chciałbyś poznać. Z tego co wiem polskie uniwersytety mają bardziej sztywne ramy. A co do życia w Czechach – Czesi mają takie „slow motion”. Oni się nigdy nie spieszą. Dają sobie czas. W przeciwieństwie do tego, co dzieje się w Polsce, gdzie ludzie ciągle się gdzieś spieszą i są podirytowani. Tutaj tego nie ma. Spokojnie, jak nie ten tramwaj, to przecież zaraz przyjedzie kolejny. Brak pośpiechu widać w trybie pracy i w życiu codziennym. Pamiętam, że kiedy moja rodzina przyjechała mnie odwiedzić, to poszliśmy na obiad. Po 20min czekania na posiłek zaczęli komentować ile można robić pizzę… a Czesi mówią „przyjdzie, będzie” i takie są realia.

Ciekawe. Myślisz, że dzięki takiemu podejściu nie masz w pracy takiej niezdrowej presji jak doktoranci w innych krajach? Nam w Niemczech towarzyszy uczucie, że dajemy z siebie 150%, a szefowi i tak jest mało.

Akurat niekoniecznie. Niestety mój szef przyciągnął do swojej grupy wymagania z Harvardu. Bywa, że jest bardzo wymagający i humorzasty. Pod tym względem nie odpuszcza, ale rozumie, że niektóre eksperymenty trwają bardzo długo, sprzęt się psuje i nie mamy kompletnej kontroli nad tym dlaczego rzeczy nie wychodzą. On widzi, że się staramy. Nie wiem jak bardzo przesiąknął Ameryką i jak mocno musi się gimnastykować, aby powrócić do korzeni – jest gdzieś pomiędzy tymi dwiema kulturami.

A jaki masz kontakt ze swoim PI (profesorem)? Czy widujesz go codziennie? Zdążyłam zauważyć, że w Nottingham większość profesorów spędzała dużo czasu ze swoimi doktorantami. W mojej grupie w Monachium jest 30 osób, profesor podróżuje naprawdę dużo i widujemy się z nim podczas specjalnych spotkań. Rzadko chodzi po labie i nas „sprawdza”. Jak to wygląda u Ciebie?

Patrząc na grupy, które mogę obserwować to profesorowie codziennie są w labie. Jeśli mojemu profesorowi na czymś bardzo zależy to potrafi stać nad płytką TLC razem z Tobą i czekać na wynik. Szybko się niecierpliwi, ekscytuje i lubi nadzorować eksperymenty, które robisz po raz pierwszy. Fajne jest też to, że wszyscy z moim profesorem jesteśmy na Ty, sama potrzebowałam roku, żeby się do tego przyzwyczaić. Dodatkowo on bardzo dba o poziom naszego kształcenia, organizuje spotkania podczas których rozwiązujemy reakcje oraz podrzuca publikacje do przeczytania. Docenia, jeśli doktoranci sami wychodzą z inicjatywą doedukowania się. Formy mobilizacji i metody nauki są bardzo różnorodne.

Brzmi super. A jakie są Twoje największe wyzwania jako doktorantki/chemiczki?

Wyzwań jest cała masa! Podołać wymaganiom szefa, to jedno… ale trzeba być bardzo upartym, żeby wciąż wierzyć w siebie i w swój projekt nawet gdy już nikt w to nie wierzy. Jest ciężko, bo kto na doktoracie ma łatwo? Szczególnie w naukach ścisłych. Trzeba być też bardzo uważnym, aby sprawnie rozwiązywać problemy. Do tego dochodzi poczucie samotności, brak życia prywatnego i uczucie kiedy znasz jedynie ludzi z labu, bo nie masz czasu się socjalizować.

Dokładnie, trzeba mieć życie poza labem, żeby psychicznie wytrzymać ten okres i nie zwariować. ALE bardzo ciężko jest wygospodarować na to czas.

Przychodzi taki moment, kiedy lab musi zejść na chwilę na boczny tor, kiedy musisz zadbać o siebie. Są takie chwile, że nie jesteś w stanie pracować nawet jakbyś bardzo chciała. Aby się nie wypalić zawodowo, powinno się na chwilę życie przeorganizować, przemyśleć, dać czas.

Tak, każdy doktorant przechodzi taki czas walenia głową w ścianę. Wtedy potrzeba bycia z bliskimi jest bardzo silna. Sama przechodzę podobny okres w swoim życiu. Powiedz mi jeszcze co Ty tak naprawdę syntezujesz, bo mnie to jeszcze bardzo ciekawi.

Syntezuję substancje oryginalnie wyizolowane z bakterii przez biologów. Niektóre z nich mają potencjalne właściwości antybakteryjne. W labie istnieje całe spektrum syntezy totalnej po nawet bilirubinę. Współpracujemy ze szpitalem klinicznym, testując nasze związki. Przykładowo grupa zajmująca się chemią medyczną w jednym artykule potrafi zamieścić 400 związków, więc każdy projekt jest bardzo kompleksowy. My natomiast skupiamy się na bardziej ciekawych reakcjach szczegółowo. Dołączamy do tego wyniki badań biologicznych lub obliczeń kwantowych/modelowania.

Brzmi skomplikowanie! No dobrze, a co zdecydowało, że nie poszłaś do pracy w przemyśle, tylko zdecydowałaś się na doktorat?

W jednym czasie dostałam dwie oferty doktoratu i jedną ofertę pracy. Oprócz tej w Brnie, kolejnym doktorat był w Warszawie. Pojechałam do stolicy, porozmawiałam z promotorem i sprawdziłam warunki, ale nie bardzo mi się tam spodobało. Profesor powiedział, że ma grant naukowy oraz dobrą pensję dla mnie na pierwsze 2.5 roku. Na pytanie co dalej, już na samym wstępie odpowiedział, że będę musiała zaoszczędzić na resztę doktoratu. Zawsze jednak chciałam pojechać za granicę, zdobyć nowe doświadczenie w życiu, poprawić CV i sprawdzić się poza Polską. Dlatego z czasem zaakceptowano mnie na doktoracie w Czechach i z tej opcji skorzystałam. Co do oferty pracy to dostałam propozycję pracy w Starogardzie Gdańskim w Polpharmie. Szukali wtedy osoby do kontaktu z klientem w dziale kontroli jakości. Finansowo to wyglądało bardzo podobnie, więc pomyślałam, że wolę jednak zarabiać nadal się kształcąc. Padło na doktorat.

Czyli kwestie finansowe w Czechach były od początku rozwiązane?

Nie, nie, nie. Oczywiście podczas rozmów kwalifikacyjnych kiedyś to pytanie musiało z mojej strony paść. Wiadomo, że nauka nigdy nie jest dobrze finansowana. W Polsce bywają sytuacje absurdalne i niedługo studenci będą sami dopłacać, aby uzyskać tytuł doktora. Mój profesor bardzo długo zwlekał z odpowiedzią. Okazało się, że będę zarabiała ze stypendium doktoranckiego plus z racji tego, że jesteśmy dużym zakładem, to wszyscy pracownicy są objęci dodatkowym grantem z Międzynarodowego Centrum Badań Klinicznych. Pensja, którą otrzymujemy w Brnie na tle polskich warunków wygląda bardzo dobrze.

A chciałabyś zostać w Czechach po doktoracie?

Kraj jak każdy inny. Nie miałabym z tym większego problemu, ale musiałabym porządnie nauczyć się języka czeskiego. Póki co trzyma mnie tutaj jedynie doktorat. Jeśli moja sytuacja prywatna się zmieni i mój wybranek okaże się Czechem to nic nie stoi na przeszkodzie, abym tu się osiedliła na dłużej. Chciałabym jednak wyjechać tymczasowo na post docka, lecz bez konkretnych założeń na temat miejsca.

Jeśli chodzi o środowisko naukowe, czy widzisz tam u siebie różnice między traktowaniem kobiet i mężczyzn?

Teraz w grupie jestem jedyną kobietą doktorantką, ale nie widzę różnicy w traktowaniu nas. Wydaje mi się, że w trakcie studiów ludzie zdają sobie sprawę, że aby osiągnąć coś znaczącego w środowisku akademickim trzeba poświęcić bardzo dużo czasu i energii. Dziewczyny w pewnym etapie dochodzą do wniosku, że jednak chciałyby założyć rodzinę i może to komplikuje późniejsze decyzje. Za to na kierunkach medycznym i stomatologii kobiet widzę bardzo dużo.

Czyli pomimo tego, że jesteś mniejszością nie czujesz się dyskryminowana przez innych doktorantów lub profesora?

Jeśli chodzi o moją grupę to absolutnie nie czuję się gorzej traktowana ze względu na płeć. Mój szef nie widzi nas w kategoriach kobieta/mężczyzna, mógłbyś być nawet ufoludkiem. Jemu raczej zależy na tym, jak dobrym naukowcem jesteś  i jak bardzo angażujesz się w swoje zadania. Mnie oczywiście brakuje koleżanek w pracy, bo z chłopakami nie porozmawiasz o nowym pudrze.

A jeśli miałabyś opowiedzieć mi o Brnie jako mieście do studiowania? Poleciłabyś?

Mnie generalnie Brno przypomina Poznań, są praktycznie identyczne. Nawet miejsce zamieszkania mam podobnie usytuowane do mojego poprzedniego mieszkania w Poznaniu. Uczelnia to też taki ogromny moloch, a po mieście przewija się cała masa studentów. Oba miasta są bardzo podobne, są typowo studenckie. Latem i zimą miasto wymiera, bo studenci wyjeżdżają do domów. Jest to przyjemne i bezpieczne miasto. Nie raz wracam z labu bardzo późno i nie było przypadku, żebym się bała. 

Super! Jeśli miałabyś podać mi trzy umiejętności, które na doktoracie najbardziej Ci się przydały?

Chyba upór, bo tutaj często podcinają mi skrzydła. Praca nad pewnością i wiarą w siebie jest też bardzo ważna. I samodzielność, ponieważ jakoś muszę sobie poradzić sama w obcym kraju.

Jak pewnie zauważyłaś, mój blog ma za zadanie nie tylko promować naukę, ale również budować pewność siebie w kobietach. Dlatego chciałabym się dowiedzieć co jest Twoim największym osiągnieciem? Z czego jesteś najbardziej dumna?

Największym osiągnięciem jest fakt, że jestem tu gdzie jestem. Mam na swoim koncie publikację w JACS [bardzo prestiżowy magazyn chemiczny (!) – przyp. Motiveliny] Samo to, że się nie poddałam, nie wyjechałam, jak to się u nas mówi – nie oddałam kitla/fartucha (śmiech). Już od pierwszego roku licencjatu usłyszałam komentarz, że nie zostanę chemikiem. Wtedy powstała u mnie myśl „a właśnie, że będę!” i mimo to, że po drodze było wiele potknięć… na przykład zawalony semestr z powodu ospy wietrznej i dwa miesiące wycięte z życia studenta, nic mnie nie powstrzymało od ukończenia uczelni.

Czyli pomimo przebojów jesteś twarda i nie poddajesz się.

Moja droga jest ogromnie wyboista, nawet nie sinusoida tylko jakiś bliżej nieokreślony kłębek. Ale mimo wszystko jestem tu gdzie jestem, ukończyłam licencjat i magisterkę, oprócz chemii studiowałam też farmację, a na dodatek rozpoczęłam przewód doktorski. Wszystkim osobom, które we mnie nie wierzyły mówię „cześć Wam!” i ucieram im nosa. Być może chęć pokazania sobie i innym, że potrafię było największą motywacją do rozpoczęcia doktoratu. Nie wiem co myślałam rozpoczynając studia chemiczne! Dzisiaj chyba bym tego nie zrobiła. Kiedyś nienawidziłam biologii, dlatego w liceum zamiast na bio-chem poszłam na profil humanistyczny. Na maturze zadeklarowałam chemię i zdałam. Na studiach pokochałam biochemię. Wszystko jest dziełem przypadku.

Ale pasja do chemii pozostała?

Jasne, ale trzeba dać sobie trochę luzu, żeby się nie wypalić. Na szczęście szef ogromnie nas motywuje. Nie wiem skąd się tego uczy, albo sam chodzi na jakieś terapie… ale oferuje nam ogromne wsparcie.

A kto jest Twoją największą motywacją?

Mam dwie osoby. Jedna trywialna, dość prosta – Maria Skłodowska – Curie, za upór i radzenie sobie jako kobieta w tamtych czasach. A poza tym chyba od zawsze podobało mi się jak na przekór wszystkiemu działał Leonardo Da Vinci i jak bardzo holistycznie podchodził do życia. I tu nie chodzi o super sztukę, tylko o myślenie kilkaset lat naprzód swojej epoce. Znał anatomię ludzkiego ciała, potrafił malować, wiedział wszystko o budowie maszyn, miał ogromne zdolności analityczne i umiał dobrze pisać. Zawsze coś konstruował i ulepszał. Zaszczepił we mnie ogromne uznanie. Mam jego trzy grafiki jako tatuaże. Wierzę w reinkarnację i myślę, że w poprzednim życiu urodziłam się gdzieś we Włoszech w jego bliskim otoczeniu – może jego uczniem? Mam sentyment do tego kraju. W domu mam dużo książek na temat obu postaci i przez lata studiowałam ich życiorysy.

Czy to oznacza, że nie zamykasz się tylko na swój kierunek? Czy chcesz w życiu widzieć więcej?

Nie interesuje mnie ani polityka, ani gospodarka, ale w dzieciństwie objawiałam talent plastyczny. Chciałam zdawać nawet do szkoły plastycznej i ta chemia wskoczyła przez przypadek. Lubię historię i geografię. Doceniam elementy logiki i analizy, dlatego spełniałam się w matematyce i chemii. Biologia, pomimo że mnie fascynowała… powiedzmy, że miałam niefarta z nauczycielami. „Chirurgów” obejrzałam naście razy, a „Ostry dyżur” z mamą od najmłodszych lat…

Czyli jesteś trochę takim człowiekiem renesansu!

Teraz jestem na doktoracie i mój cel to spełnić wymagania szefa przy jednoczesnej realizacji projektu. Ale zaczęłam interesować się rozwojem osobistym, psychologią, socjologią, umiejętnością odnalezienia się w społeczeństwie. Pracuję nad aspektami, których większość ludzi nie zauważa. Dlatego chyba nie potrafię się zaszufladkować.

Gdzie widzisz siebie za 5 lat? Co chciałabyś osiągnąć do tego czasu?

Na pewno tytuł naukowy (śmiech). U nas jest tak, że doktoraty formalnie są wpisane na 4 lata, ale z powodu ambitnych i pracochłonnych projektów przy dodatkowym finansowaniu przedłużają się w czasie. Nie znam chyba osoby, która w cztery lata by się ze wszystkim uwinęła. Nie wydaje mi się, żebym za 2.5 roku kończyła doktorat dlatego mam nadzieję, że za 5 to już będzie pewne. I mam nadzieję, wtedy będę już robić jakiś krótki staż doktorski. Nie zdecydowałam jeszcze, czy chciałabym zostać w środowisku akademickim, czy odejść w przemysł. Chciałabym zobaczyć trochę więcej świata, zamieszkać gdzieś daleko, ułożyć sobie życie prywatne.

Co oprócz tańca lubisz robić w wolnym czasie?

Hmm… na doktoracie nie mam tyle wolnego czasu, ale jestem molem książkowym. W trakcie wakacji nadrabiam nieco luźniejsze lektury. Chodzę też na TRX. Jeśli ktoś ma ochotę wyżyć się fizycznie na swoich frustracjach to polecam siłownię lub bieganie. Bardzo chciałabym wrócić do tańca.

I tego Ci życzę Lucynko! Bardzo dziękuję za tak długi i niesamowicie ciekawy wywiad!

Dziękuję również!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s